poniedziałek, grudnia 30, 2019

Sara Lancaster (06)

W Door to Hell śmierć nie próżnowała. O świcie zmarło kilku następnych więźniów. To był jeden z tych dni, kiedy hałas z pobliskiej stolarni unosił się jednostajnym stukotem młotków. Nie, nie stawiano szubienicy. Jej nawet dla postrachu nie postawiono. Tu za niesubordynację czekała kara chłosty, odosobnienie w ciemnicy, ograniczenie i tak skromnej racji żywności. Dla śmiały, zdesperowanych lub szalonych przewidziano pluton egzekucyjny. "Wybijcie sobie ze swych parszywych łbów, że ujrzycie jeszcze swoje pola bawełny i czarnolice niewolnice!" - tak witał jeńców obecny komendant tego miejsca major Jonathan Pirs. Powiadali, że Door to Hell należało onegdaj do wielebnego Cordena Gravesa. Przekazał swój majątek pod obóz dla konfederatów, których uparcie nazywał "szubrawcami" i wbił w głowę pierwszego komendanta, kapitana Matta Yorcka, aby zbawił dusze pojmanych "buntowników". Ostatni akt mógł wydrzeć się z gardła sierżanta Bascomba: "Ognia!". I salwa! Jeden huk! I jedno życie uginało się pod własnym ciężarem! Stada ptaszysk podrywały się wtedy ku górze, jakby chciały ponieść światu wieść, że kolejny wyrok został usankcjonowany krótkim "ognia!". Martin Bold, Steve Ascott, Paul Carey, Bryan Fill... - tylko Stwórca i grabarz, który w swoim kajecie notował skrupulatnie kogo dusza uchodziła z ciała, potrafił odtworzyć kim byli nieszczęśnicy, jakich stracono. 

- Panie... kapi... kapita... nie...
- Jestem przy tobie chłopcze - kapitan Robert Taylor pochylił się nad leżącym na pryczy Martinem Houstonem. Jego młodzieńczą, wycieńczoną twarz pokrywały ciężkie krople potu. Usta miał spieczone, jakby był na pustyni. Jeden ze współwięźniów ocierał je chustką. Martin nie miał więcej jak dwadzieścia lat. Pobyt w Door to Hell szybko czynił starcem nawet najmłodsze ciała. Martin chaotycznie łapał oddech. Widać było, że każdy sprawiał mu ból.
- Czy... czy... napisze pan...
- Do twojej matki?
- Ma... matka? Nie miałem nigdy... matki...
To smutne wyznanie nie robiło już na nikim wrażenia. Niemniej w ustach chorego brzmiało smutną nutą porzucenia.
- Do... do... Mary... panie kapitanie... Matka... Cholera...
Przerwał.
Nie trzeba było być lekarzem, kończyć studiów, mieć dyplom, aby stwierdzić, że życiowa tułaczka Martina Houstona dobiega końca. Wyrok był wypisany między innymi na zapadniętych policzkach, tych ustach, które łapczywie chwytały każdy łyk powietrza.
- Ben!
- Tak, kapitanie - odezwał się za plecami jeden z ludzkich cieni. Wychudzony szkielet, który wbrew logice jeszcze trzymał się życia.
- Tam... tam... gdzieś... papier... Przynieś papier!
- Tak jest!
Martin Houston zaczął kaszleć. Grymas bólu wykrzywiał spierzchnięte usta. Kapitan usiadł przy nim. Ujął chorego za rękę. Twarz Martina wypogodziła się. Próbował ścisnąć podaną dłoń. Ale... Ale nie dał rady. Te same dłonie, które w kuźni Hilla przywykły do młota teraz nie miały w sobie nic z dawnej mocy. 
- Za miesiąc... za... kończę osiemnaście lat... osiemnaście...
Ben wrócił z kartką.
- Co to jest?! - Taylor ściągnął brwi. - Przecież to...
- Z pana... książki... kapitanie - przyznał Ben. - Innej nie mamy.
Odebrało mu na chwilę mowę. Właściwie niepotrzebnie ciskał się na Bena. Dobrze zrobił. Atakować Bena? Tego poczciwca? Siostra miłosierdzia nie byłaby bardziej oddana. Ben Gordon. Jakie miało znaczenie z jakiej książki. Darwin wybaczy zuchwałość. A Martin? Taylor spojrzał na ciężko oddychające ciało. Tak, ciało. Nie potrafił inaczej już myśleć o nim.  Szanse, że ujrzy świt dnia jutrzejszego były równie marne, jak zmartwychwstanie "Stonewalla". 
- Co mam napisać? - ołówek nosił przy sobie. Niewiele już z niego zostało. Tak wiele napisał. Często zdań ostatecznych...
- Mery... Nie, panie kapitanie... - Martin zawahał się.
- Nie spiesz się... spokojnie...
- Może... może... - widać było, że szukał słów. - Kochana Mery...
Ołówek poruszył się po kartce.
- ...jak wrócę... z... woj... wojny... pobierzemy się. Mery... Będziesz moją... panią Houston... jak moja babka Rose...
Zamilkł.
- Rose... - dodał po chwili. - To moja babka. Ile ona... rózg połamała... na mnie... Ale, ja ją panie kapitanie... kochałem... Miałem tylko... tylko babkę Rose... Panią Houston...
Znów kaszel dał o sobie znać.
- Mery... kupimy... u Jordana obrączki... Ubierzesz tę kremową... suknię... babki... I poprowadzę cię do... ołtarza... Pastor Morgan... A twoja siostra Jane będzie...
Taylor skupiał się na tym, co Martin mówił. Starał się logicznie przenieść to na kartkę papieru, która jeszcze kilka chwil temu była częścią dzieła samego Darwina. Prezent od wuja Theo z Londynu znajdowała zupełnie inne zastosowanie. Takie dziwny bieg historii - pomyślał stawiając kolejne słowo.
- Czy napisał... pan... Jane?
- Tak. Napisałem.
- Jane... Jane... jest... niewidoma... - przerwał. Widać było, że wspomnienia ożywiają go, poruszają nim. Chciał się wygadać. Jak nigdy. Raczej milczący był z niego kompan nieszczęścia. A teraz...
- ...niewidoma... bardzo... bardzo... kochają się... z... Mery... Musi być drużbą. Rozumie pan, musi!
- Rozumiem - potwierdził Taylor.
- Pię... knie... śpiewa. I gra. Gra Chopina.
- Chyba nie powinniśmy go już męczyć, kapitanie - odezwał się Paul Sanderson.
Ale Taylor położył tylko palce na ustach. Oddech Martina zdał się głębszy i wolniejszy. Zaczął przymykać oczy. Usta lekko zaczęły drżeć. Zdawało się, że chce jeszcze coś powiedzieć. Taylor pochylił się nad nim. W tej chwili skrzypnęły drzwi baraka. Znieruchomiała sylwetka mogła należeć do jednego człowieka: majora Jonathana Pirsa. 
Wszystkie oczy utkwiły w tej bezmyślnej bryle. Od tej chwili można było się spodziewać już tylko najgorszego. Dziwne było tylko to, że nie zaczął od tradycyjnego "wy, konfederackie świnie!", albo "bękarty z Dixi!". Rozglądał się po baraku jakby kogoś lub czegoś szukał. 
- Gdzie jest Martin Houston?! - odezwał się.
- Jest bardzo chory, panie majorze - oznajmił Ben.
- Gówno mnie obchodzi, jak się czuje konfederacka świnia! Rozumiesz, plantatorska gnido?!
- Nie miałem plantacji, panie majorze - przyznał Ben. - Byłem kucharzem.
- A ja babcią Lee! - ryknął mu w twarz Pirs. A jego baryton przeszedł w ironiczny śmiech.
Nikomu nie było do śmiechu. 
- Houston! - warknął.
Pchnął Bena. Ten zachwiał się. Major ruszył przed siebie. Ciskał tylko spojrzenia na jeńców. Czuł się pośród nich, jak zwycięski imperator. Wynędzniałe ciała, które jeszcze kilka tygodni temu dumnie nosiły szare mundury teraz nie stanowiły ni cienia dawnego zagrożenia. 
Widział, że Houston leży na pryczy. Ale na drodze stanął mu...
- Ten człowiek umiera - usłyszał.
- Południowe gówno!... - odszczekał. - Słyszysz gnoju?!
- Kapitanie Taylor! - poprawił go.
- Taylor! - major zmierzył go pogardliwym spojrzeniem. - Ty też bez plantacji, konfederacki śmieciu?! 
- On umiera!
- Gówno! - i zamachnął się, aby uderzyć intruza. 
Ale nie dokończył. Cios zawisł w powietrzu. Powstrzymany potężnym chwytem kapitana Taylora. 
- Ty...
- Skuj mordę jankeski gnoju! - i odepchnął Pirsa.
Obaj stali na wprost siebie, jak rozjuszone byki. Myślałby kto, że zaraz wezmą się do rozstrzygającego starcia. Pirs ocenił swe położenie błyskawicznie. Widział wlepione w siebie kilkoro nienawistnych oczu. Teraz tez dojrzał równego sobie olbrzyma, kaprala Tony Wayne. Podniósł się ze swego leża, jak zaspany niedźwiedź.
- Jeszcze... jeszcze... - stracił mimo wszystko rezon. Wayne wyrastał ponad wszystkich, jak skała. - Parszywy Houston! 
Splunął.
Kapral Wayne nie musiał nic mówić. Za to zaczął kiwać głową.  To starczyło.
Major Pirs obrócił się i wyszedł, żegnany zawistnymi spojrzeniami więźniów. Gorycz porażki musiał przełknąć za drzwiami.
Kapitan Taylor pochylił się nad Martinem. Żołnierz, który ocierał mu twarz, wstrzymał go:
- Już nie trzeba. Martina... Martina już nie ma z nami, panie kapitanie. 
Spojrzeli sobie głęboko w oczy. Taylor usiadł obok. Biedny Martin był już tylko ciałem, zwłokami, które za kilka godzin wsadzą do drewnianej skrzyni, szumnie tu nazywanej trumną i dołączy na polanę za fortem, gdzie już rozsypywały się kopce Martina Bolda, Stewa Ascotta, Paula Careya, Bryana Filla... Teraz jeszcze on, niespełna osiemnastoletni Martin Houston! Taylor nie wytrzymał - rozpłakał się,  jak dziecko. A przecież to nie była pierwsza śmierć, jaką widział. Ile jej było dookoła. Przywiązał się do tego chłopca, pogodnego gaduły gdzieś spod Richmond. Opowiadał o swoim psie i dziadku, który pamiętał jeszcze wojnę z 1812 r. Teraz leżał - sztywne, spokojny, beznamiętny. Trup!...

cdn



Brak komentarzy:

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.