"W pewnej chwili zbudził go niesamowity huk. Porwał się - za oknem na tle nieba widać było, jak lecą czubki drzew. Po chwili inny huk wstrząsnął powietrzem.
- «Schleswig-Holstein» - krzyknął kapitan Dąbrowski śpiący w tymże pokoju.
Teraz poszedł drobny - tak znany! - mak strzałów. Spojrzeli po sobie.
- Nasze maszynki...
Spojrzeli na zegarki: 4.50.
Dzwoni telefon: - Porucznik Pająk melduje się. Brama kolejowa wysadzona; Niemcy wtargnęli; otworzyłem ogień" - cytuję Melchiora Wańkowicza*. Chyba nikogo nie powinien dziwić wybór miejsca i zdarzenia.
Obrona Westerplatte. Wychowałem się na heroizmie tej placówki tranzytowej na terenie Wolnego Miasta Gdańska. Kto z nas nie oglądał filmu Stanisława Różewicza, z doskonałymi rolami m. in. Zygmunta Hübnera, Tadeusza Schmidta, Arkadiusza Bazaka, Mieczysława Mileckiego, Józefa Nalberczaka, Józefa Nowaka czy Tadeusza Plucińskiego? To była filmowa edukacja lat 60-tych i 70-tych. Nowego
wcielenia losów obrońców Westerplatte (w roli majora H. Sucharskiego Michał Żebrowski) nie oglądałem. O
"odkrywaniu" faktów dotyczących załamania dowódcy obrony Westerplatte wiedziało się od dawien dawna. Teraz ktoś wyważa dawno otwarte drzwi i głosi pochwałę swej historycznej dociekliwości? Pamiętam artykuły w WTK z lat 1980-1981. Szkoda, że ich nie zachowałem. Na pewno czytałem o roli kapitana Franciszka Dąbrowskiego w czasie pamiętnych siedmiu dni obrony.