czwartek, grudnia 26, 2019
Sara Lancaster (05)
Sara patrzyła na swoje ręce. Drżały. Jak starej Norze? Tylko, że tamta już był dobrze po sześćdziesiątce. A ona? Właśnie pisała list do ciotki Wandy, kiedy pióro zaczęło bardzo opornie pokonywać kolejne przestrzenie białej kartki. Kiedy ze stalówki spadł ciężki kleks - zdenerwowała się. To nie była pierwsza próba napisania do matki chrzestnej. Obok leżały pomięte trzy kartki, dwie podarte... Wychodziło więc, że to była szósta próba?
Zmierzchało. Zapaliła już lampę. Odłożyła pióro. Była bezsilna.
- Nic mi nie wychodzi.
Rozejrzała się po pokoju. Na wygaszonym kominku stały fotografie męża we fraku. Wcześniej była ta w konfederackim mundurze oraz małej Emilii. Uśmiechnęła się do obu. Córka miała tą samą oprawę oczu, co zabity mąż, ten sam uśmiech. Nie mogła darować Xavieremu, że poszedł na tą okrutną wojnę, która zabrała już tylu innych, wielu okaleczyła. Znowu pojawiały się spisy zabitych i zaginionych. Na tym ostatnim mogła przeczytać: Kapitan Robert Taylor jr., lat 28, Vicksburg. Długo nie docierało do niej, że te wypisane litery były ostatnim śladem po... Ta wiadomość zbiegał się z jeszcze jedną. Niemal jednocześnie! Generałowie Lee i Longstreet dali się pokonać nieopodal Waszyngtonu pod jakimś tam Gettysburgiem?! "Babcia Lee" wdarł się do Pensylwanii, ale tego nie udźwignął? Ojca ta wiadomość kompletnie rozbiła.
Rozejrzała się po pokoju. Na wygaszonym kominku stały fotografie męża we fraku. Wcześniej była ta w konfederackim mundurze oraz małej Emilii. Uśmiechnęła się do obu. Córka miała tą samą oprawę oczu, co zabity mąż, ten sam uśmiech. Nie mogła darować Xavieremu, że poszedł na tą okrutną wojnę, która zabrała już tylu innych, wielu okaleczyła. Znowu pojawiały się spisy zabitych i zaginionych. Na tym ostatnim mogła przeczytać: Kapitan Robert Taylor jr., lat 28, Vicksburg. Długo nie docierało do niej, że te wypisane litery były ostatnim śladem po... Ta wiadomość zbiegał się z jeszcze jedną. Niemal jednocześnie! Generałowie Lee i Longstreet dali się pokonać nieopodal Waszyngtonu pod jakimś tam Gettysburgiem?! "Babcia Lee" wdarł się do Pensylwanii, ale tego nie udźwignął? Ojca ta wiadomość kompletnie rozbiła.
- Jedźmy do Europy... - usłyszały wtedy z matką z jego ust. - Albo do Kanady. Tu nie ma dla nas przyszłości.
- O czym tato mówi?
- Najpierw Vicksburg, a teraz Gettysburg? Bóg karze naszą pychę? - i podniósł palec ku górze, jak jakiś prorok.
Oboje z matką popatrzyły na siebie znacząco.
- O czym ty mówisz, Charles? Jaka pycha?! Jaka Kanada?!
Ale słowa żony nie docierały do niego. Rozejrzał się po pokoju, jakby rozbiegły mu się niesforne dzieci:
- Pisałem do wuja Josepha...
- Kiedy?
- Old Pet wysłał wczoraj.
Matka nie na żarty przestraszyła się tych słów:
- O czym ty... bredzisz?! - niemal krzyknęła. - Wuj Joseph zmarł dziesięć lat temu, a Old Pet leży w grobie od miesięcy...
- Tak, tak... to... to nie.... ważne... nieważne... Poślę Konrada.
- Konrad jest w wojsku!
- Aha... w wojsku. No tak... w wojsku... Jakim wojsku?
Matka załamywała ręce. Wizyty doktora Smitha na niewiele zdawały się. Ciągłe powtarzanie "starszy pan potrzebuje spokoju" nie robiły już na domownikach wrażenia. Mogli lada dzień jechać do Savannah, ale ojciec kategorycznie odrzucił tą myśl. Zakazał pod groźbą... Jaką? Tyle ich było, że już... o nich zapominano. Stan zdrowia ojca niby nie pogarszał się, był stabilny, ale i to nie było żadnym pocieszeniem.
Przestano podawać "starszemu panu" gazety. Zbyt głęboka irytacja wybuchała po ich lekturze.
- Dlaczego nie ma?
Zdziwił się po kolejnej wymijającej odpowiedzi córki. Kłopotliwą pauzę wypełniła pani domu kolejnym kłamstwem:
- Nie pamiętasz? Jankesi spalili drukarnię.
- O dranie!...
Zaczynało się gromienie nieosiągalnego przeciwnika. Tym bardziej bolesne, że wcześniej ojciec nigdy nie pozwoliłby sobie na arogancję w obecności żony, córki czy innej damy Południa. Tak naprawdę drukarnia Geoffreya O'Riordana miała się całkiem dobrze. Błękitnych mundurów nikt tu nie widział. Mieszkańcy znali wojnę tylko z prasowych komunikatów lub obwieszczeń, kiedy z zapartym tchem czytano o stratach po bitwach i potyczkach. Nagle jakaś trzeciorzędna mieścina lub wioska stawała się obiektem kalkulacji, ożywionych dyskusji, powodów do dumy lub sprawcą łez rozpaczy. Nie inaczej było w ostatnim tygodniu, kiedy na ustach pojawiały się: Vicksburg i Gettysburg. Ta pierwsza była doskonałe znana z racji trwającego długie tygodnie oblężenia, ale ta druga... Z Północy wiało zgrozą. Nazwiska jankeskich zwycięzców już napawały grozą. Co będzie dalej?...
Jakiś tydzień później nadciągnęli żołnierze, którzy widzieli na własne oczy klęskę. Z ust ich padały jakieś dziwne nazwy: Wzgórze Cmentarne, Mały Okrągły Szczyt, atak Picketta... Niosły się pytania: "Gdzie jest Lee?", "Gdzie poniosło Jeba Stuarta?", "Co z Longstreetem?"...
Sara odsuwała to wszystko od siebie. Patrzyła na rozbrykaną Emilii. Próbowała nie myśleć. Ani o ojcu, ani o wojnie. Wypierała z pamięci wszystko, co mogło przypomnieć poległego męża i zaginionego Roberta Taylora. Widziała łopoczące flagi Konfederacji. Nie mogła patrzeć ani na karykatury Lincolna, ani tym bardziej na majestatyczne pozy Jeffersona Davisa! Chwilami zachodziła w głowę, który bardziej ją mierził. "A może ta adwokacina z prerii ma rację?" - od czasu do czasu dopadały ją takie rozważania.
- Mamo! Mamo! - Emilii w jednej ręce trzymała Molly, swoją ulubioną lalkę, która dostała od babci. Teraz była najwyraźniej poruszona i zadyszana.
- Tak, kochanie. Co się stało? Kogucik znowu zginął?... - tyle razy mówiła kucharce, aby z nią omawiała sprawy drobiowego uboju. Ale ta tępa dziewucha robiła swoje. Mało już razy pod toporek kładł głowę ulubiony przez Emilii kogucik lub kurka?
- Nie, nie... mamusiu! Jakiś pan czeka na podjeździe! - wyrzucała z siebie z siłą wodospadu.
- Pan? Jaki pan?
- Nie wiem.
- Prosiłam, abyś nigdy nie rozmawiała z obcymi - niesubordynacja ze strony córki niepokoiła ją. Tak bardzo bała się o nią. Trzylatek jest tak łatwowierny... - Nigdy! Rozumiesz?!
- Ale ten pan pytał o panią Lancaster! A przecież ty jesteś panią Lancaster.
Sara zmrużyła oczy. Słowa Emilii zaczęły ją intrygować.
- O czym ty mówisz?!
- No o tym panu... I coś dodał o wujku Robie!...
Na dźwięk imienia Roba wstała na równe nogi. Karta nie rozpoczętego listu, wspomnienia, Savannah - nic się w tej chwili nie liczyło. Musiała dowiedzieć się kto i po co...
- Gdzie jest ten dżentelmen?
- Na podjeździe.
Sara szybko wyszła ze swego gabinetu. Czuła, że jakaś niewidzialna siła pcha ją ku człowiekowi, który powoływał się na Roberta. Od klęski pod Vicksburgiem mijały długie miesiące. Nikt nic nie widział konkretnego o losie Roberta Taylora. Nie wypisano go w kolumnie zabitych/poległych. Oficjalnie uznawano go za zaginionego. Nawet zaczęła współczuć tej nadymanej... Machnęła ręką. Co ją obchodzi ta pusta lalka Margaret Warfield?! To jej głupie nazwisko!...
Wpadła na Bernarda.
- Ktoś przyjechał? - beznamiętnie zapytała starego lokaja. W tym pytaniu nie było zainteresowania, raczej potwierdzenia tego, co już wiedziała. Bernard wskazał wzrokiem na wyjściowe drzwi, które były częściowo otwarte. Widać Emilii...
- Tak, jakiś sir czeka na panią... To chyba pastor.
- Pastor? - Sara poczuła, że uginają się pod nią nogi. Duchowny? Przyśpieszyła kroku, ale przy samych drzwiach zwolniła. Tego brakowało, aby obcy mężczyzna widział jej stan zdenerwowania. Nim stanęła w drzwiach zerknęła jeszcze do wiszącego opodal lustra. Po raz pierwszy pomyślała o sobie, że... starzeje się. Nie miała tego błysku w oku, jaki jaśniał jeszcze przed małżeństwem z Xavierem. Cera też zdawała się podpowiadać, że te minione miesiące czasu wojny odbijają się również na niej. Wreszcie wyszła na zewnątrz.
Ujrzała bryczkę zaprzężoną w jednego wałacha. Coś przy uździe poprawiał jakiś mężczyzna w kapeluszu. Słysząc kroki za sobą, odwrócił się.
- Richard Riedl. Pastor Richard Riedl!
Zdjął kapelusz i wyciągnął rękę.
Sara podała swoją.
Jak na pastora była to dość ciężka prawica. Spracowana, masywna. Bardziej pasowałaby do drwala, niż osoby duchownej. Twarz miał pogodna, ale jakby przygaszoną. Mógł być wysłańcem dobrej i złej nowiny. Nie miała innego wyjścia: musiała poznać, z którą przybył.
- Pan coś wie o poruczniku... kapitanie Taylorze?
- Pani brat jest w jankeskiej niewoli...
- Brat? - Sara zdziwiła się. Szybko jednak pożałowała swojej reakcji, bo oczy pastora stały się jakby bardziej czujne. Nasunięty na czoło kapelusz właściwie skrył ich mimikę... - A... tak... brat... Robert...
- Jest w pewnym forcie na zachód od Vicksburga. Pragnąłby za moim pośrednictwem przekazać, że był ranny, ale teraz jest w miarę dobrze.
- Chwała Bogu!
Sara oparła się o jeden z filarów podtrzymujący portyk.
- Nic poważnego?
- Juz z tego wyszedł... Groziła amputacja ręki, ale jakoś go poskładali. Pomogła mu siostra Nancy Wilson.
- Aha! - pokiwała ze zrozumieniem głową. Ale zamiast uczucia wdzięczności zapałała wyjątkowa niechęcią do tej... Wilson...
- Pan kapitan Taylor chciałby...
- Tak?
- ...panią przeprosić, cokolwiek to oznacza między panią i bratem...
- Tak... no... rozumiem...
- Czy pani zna adwokata nazwiskiem Tennyson?
- Tak, to krewny mego ojca... no i mój... Wuj Thaddeus... Co z nim?
- Pani brat prosił, aby użył kontaktów, pani wybaczy, sprzed wojny i próbował go wyciągnąć z tego piekła.
- Piekła?
- Chodzi o ten więzienny fort. Oni go tam nazywają "Door to Hell".
cdn
- Aha... w wojsku. No tak... w wojsku... Jakim wojsku?
Matka załamywała ręce. Wizyty doktora Smitha na niewiele zdawały się. Ciągłe powtarzanie "starszy pan potrzebuje spokoju" nie robiły już na domownikach wrażenia. Mogli lada dzień jechać do Savannah, ale ojciec kategorycznie odrzucił tą myśl. Zakazał pod groźbą... Jaką? Tyle ich było, że już... o nich zapominano. Stan zdrowia ojca niby nie pogarszał się, był stabilny, ale i to nie było żadnym pocieszeniem.
Przestano podawać "starszemu panu" gazety. Zbyt głęboka irytacja wybuchała po ich lekturze.
- Dlaczego nie ma?
Zdziwił się po kolejnej wymijającej odpowiedzi córki. Kłopotliwą pauzę wypełniła pani domu kolejnym kłamstwem:
- Nie pamiętasz? Jankesi spalili drukarnię.
- O dranie!...
Zaczynało się gromienie nieosiągalnego przeciwnika. Tym bardziej bolesne, że wcześniej ojciec nigdy nie pozwoliłby sobie na arogancję w obecności żony, córki czy innej damy Południa. Tak naprawdę drukarnia Geoffreya O'Riordana miała się całkiem dobrze. Błękitnych mundurów nikt tu nie widział. Mieszkańcy znali wojnę tylko z prasowych komunikatów lub obwieszczeń, kiedy z zapartym tchem czytano o stratach po bitwach i potyczkach. Nagle jakaś trzeciorzędna mieścina lub wioska stawała się obiektem kalkulacji, ożywionych dyskusji, powodów do dumy lub sprawcą łez rozpaczy. Nie inaczej było w ostatnim tygodniu, kiedy na ustach pojawiały się: Vicksburg i Gettysburg. Ta pierwsza była doskonałe znana z racji trwającego długie tygodnie oblężenia, ale ta druga... Z Północy wiało zgrozą. Nazwiska jankeskich zwycięzców już napawały grozą. Co będzie dalej?...
Jakiś tydzień później nadciągnęli żołnierze, którzy widzieli na własne oczy klęskę. Z ust ich padały jakieś dziwne nazwy: Wzgórze Cmentarne, Mały Okrągły Szczyt, atak Picketta... Niosły się pytania: "Gdzie jest Lee?", "Gdzie poniosło Jeba Stuarta?", "Co z Longstreetem?"...
Sara odsuwała to wszystko od siebie. Patrzyła na rozbrykaną Emilii. Próbowała nie myśleć. Ani o ojcu, ani o wojnie. Wypierała z pamięci wszystko, co mogło przypomnieć poległego męża i zaginionego Roberta Taylora. Widziała łopoczące flagi Konfederacji. Nie mogła patrzeć ani na karykatury Lincolna, ani tym bardziej na majestatyczne pozy Jeffersona Davisa! Chwilami zachodziła w głowę, który bardziej ją mierził. "A może ta adwokacina z prerii ma rację?" - od czasu do czasu dopadały ją takie rozważania.
- Mamo! Mamo! - Emilii w jednej ręce trzymała Molly, swoją ulubioną lalkę, która dostała od babci. Teraz była najwyraźniej poruszona i zadyszana.
- Tak, kochanie. Co się stało? Kogucik znowu zginął?... - tyle razy mówiła kucharce, aby z nią omawiała sprawy drobiowego uboju. Ale ta tępa dziewucha robiła swoje. Mało już razy pod toporek kładł głowę ulubiony przez Emilii kogucik lub kurka?
- Nie, nie... mamusiu! Jakiś pan czeka na podjeździe! - wyrzucała z siebie z siłą wodospadu.
- Pan? Jaki pan?
- Nie wiem.
- Prosiłam, abyś nigdy nie rozmawiała z obcymi - niesubordynacja ze strony córki niepokoiła ją. Tak bardzo bała się o nią. Trzylatek jest tak łatwowierny... - Nigdy! Rozumiesz?!
- Ale ten pan pytał o panią Lancaster! A przecież ty jesteś panią Lancaster.
Sara zmrużyła oczy. Słowa Emilii zaczęły ją intrygować.
- O czym ty mówisz?!
- No o tym panu... I coś dodał o wujku Robie!...
Na dźwięk imienia Roba wstała na równe nogi. Karta nie rozpoczętego listu, wspomnienia, Savannah - nic się w tej chwili nie liczyło. Musiała dowiedzieć się kto i po co...
- Gdzie jest ten dżentelmen?
- Na podjeździe.
Sara szybko wyszła ze swego gabinetu. Czuła, że jakaś niewidzialna siła pcha ją ku człowiekowi, który powoływał się na Roberta. Od klęski pod Vicksburgiem mijały długie miesiące. Nikt nic nie widział konkretnego o losie Roberta Taylora. Nie wypisano go w kolumnie zabitych/poległych. Oficjalnie uznawano go za zaginionego. Nawet zaczęła współczuć tej nadymanej... Machnęła ręką. Co ją obchodzi ta pusta lalka Margaret Warfield?! To jej głupie nazwisko!...
Wpadła na Bernarda.
- Ktoś przyjechał? - beznamiętnie zapytała starego lokaja. W tym pytaniu nie było zainteresowania, raczej potwierdzenia tego, co już wiedziała. Bernard wskazał wzrokiem na wyjściowe drzwi, które były częściowo otwarte. Widać Emilii...
- Tak, jakiś sir czeka na panią... To chyba pastor.
- Pastor? - Sara poczuła, że uginają się pod nią nogi. Duchowny? Przyśpieszyła kroku, ale przy samych drzwiach zwolniła. Tego brakowało, aby obcy mężczyzna widział jej stan zdenerwowania. Nim stanęła w drzwiach zerknęła jeszcze do wiszącego opodal lustra. Po raz pierwszy pomyślała o sobie, że... starzeje się. Nie miała tego błysku w oku, jaki jaśniał jeszcze przed małżeństwem z Xavierem. Cera też zdawała się podpowiadać, że te minione miesiące czasu wojny odbijają się również na niej. Wreszcie wyszła na zewnątrz.
Ujrzała bryczkę zaprzężoną w jednego wałacha. Coś przy uździe poprawiał jakiś mężczyzna w kapeluszu. Słysząc kroki za sobą, odwrócił się.
- Richard Riedl. Pastor Richard Riedl!
Zdjął kapelusz i wyciągnął rękę.
Sara podała swoją.
Jak na pastora była to dość ciężka prawica. Spracowana, masywna. Bardziej pasowałaby do drwala, niż osoby duchownej. Twarz miał pogodna, ale jakby przygaszoną. Mógł być wysłańcem dobrej i złej nowiny. Nie miała innego wyjścia: musiała poznać, z którą przybył.
- Pan coś wie o poruczniku... kapitanie Taylorze?
- Pani brat jest w jankeskiej niewoli...
- Brat? - Sara zdziwiła się. Szybko jednak pożałowała swojej reakcji, bo oczy pastora stały się jakby bardziej czujne. Nasunięty na czoło kapelusz właściwie skrył ich mimikę... - A... tak... brat... Robert...
- Jest w pewnym forcie na zachód od Vicksburga. Pragnąłby za moim pośrednictwem przekazać, że był ranny, ale teraz jest w miarę dobrze.
- Chwała Bogu!
Sara oparła się o jeden z filarów podtrzymujący portyk.
- Nic poważnego?
- Juz z tego wyszedł... Groziła amputacja ręki, ale jakoś go poskładali. Pomogła mu siostra Nancy Wilson.
- Aha! - pokiwała ze zrozumieniem głową. Ale zamiast uczucia wdzięczności zapałała wyjątkowa niechęcią do tej... Wilson...
- Pan kapitan Taylor chciałby...
- Tak?
- ...panią przeprosić, cokolwiek to oznacza między panią i bratem...
- Tak... no... rozumiem...
- Czy pani zna adwokata nazwiskiem Tennyson?
- Tak, to krewny mego ojca... no i mój... Wuj Thaddeus... Co z nim?
- Pani brat prosił, aby użył kontaktów, pani wybaczy, sprzed wojny i próbował go wyciągnąć z tego piekła.
- Piekła?
- Chodzi o ten więzienny fort. Oni go tam nazywają "Door to Hell".
cdn
Brak komentarzy:
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.