środa, grudnia 18, 2019

Sara Lancaster (03)

- Ojcze?
- Wejdź, wejdź moje dziecko. Emilie śpi?
- Zasnęła. Martwię się.
- Czym? Wojną? Zupełnie niepotrzebnie.
Sara zamknęła za sobą drzwi gabinetu ojca.
- Generał Lee nie da nam zrobić krzywdy - uśmiechnął się po ojcowsku. - Słyszałaś, jak żołnierze nazywają go? Babcia Lee. Pyszne.
- A ja uważam, że tragiczne.
Ojciec odłożył pióro, które cały czas trzymał w dłoni.

- Niepokoisz mnie.
Przyjrzał się uważnie córce. W takich chwilach nie godził się, że jego mała, uśmiechnięta Sara dorosła. Płacił teraz za swój dla jedynaczki podziw. Dał jej tyle wolności. Dał jej prawo, aby zabierała głos. I on się z nim liczył. Teraz tego żałował. Teraz stała przed nim nie tyle córka, co adwersarz w spódnicy.
- Tak? - zrobiła puazę, jakby chcą zmniejszyć wagę ojcowskich słów. Wiedziała, że do tej rozmowy musi wreszcie dojść. Ojciec może był zapracowany, ale nie był ślepy. Widział, że zachowanie jedynaczki od pewnego czasu jest dość dziwne. Tego, czego nie widział doniosła mu usłużna służba. Tych kilka zdań, które w porywie szczerości, jakie usłyszał z ust Bernarda...
- Rozumiem, że śmierć Xaviera tobą wstrząsnęła. Nas też poruszyła. Wojna... niepodległość wymaga ofiar...
- Tylko mi nie mów znowu o Ronie i Sarze. Równie dobrze mogłabym wziąć do ręki Biblię.
- To weź! - stanowczość basu nie pozostawiała żadnych wątpliwości, co do intencji mówiącego rodzica. Do tego wstał i zaczął przemierzać pokój swymi ogromnymi krokami. Zaraz się zatrzyma, zapatrzy w sufit i pewnie rzuci jakąś łacińską maksymą, których tyle miał w głowie.
- Homine non odi...
- Znam to ojcze od dziecka! ...se eius vitia! Na pamięć!
- I co z tego wynika dla ciebie teraz, moja panno?!
"Moja panno" - brzmiało surowo-poważnie. Nie widziała dokładnie twarzy ojca, ale przysięgłaby, że jego łagodne oczy ściągnął grymas gniewu lub ironii. Jakie to w końcu miało znaczenie.
- Sara Wetherburn i Ronald Tennyson byli, jak ogień i woda.
- Wiem...
- Nie przerywaj mi! Wiesz, jakiego dokonali wyboru. Ona za Waszyngtonem, on za Jerzym III...
- Do czego ojcze zmierzasz? - Sara patrzyła na ojca, jakby przez mgłę? Czuła, że oczy jej miękną, że może zaraz... Nie, nie - nie będzie płakała. Niemal ugryzła się w wargę. - Chyba nie chciałbyś mieć za zięcia śmierdzącego Jankesa?!
- Nie zapominaj kogo ma Mary Tood!
- Nie rozumiem ciebie ojcze. Mówisz, to teraz? Trzeba było wtedy, kiedy nieszczęsny Xavier Lancaster przekroczył próg tego domu. Płaczesz nad rozlanym mlekiem? Nie rozumiem...
Ojciec popatrzył głęboko w oczy Sary. Widział w nich ten sam błysk, który kiedyś był i jego? Delikatność rysów odziedziczyła po matce. Ale charakter... Mogła się wypierać historii, która łączyła ją z prababką Sarą Wetherburn Tennyson, ale on doskonale wiedział: miał przed sobą kolejne jej wcielenie.
- Jesteś bardziej Tennyson, niż ci się zdaje.
- Tak? - energia już ciskała się na jej twarz. - Jutro każę Bernardowi spalić jej portrety!
- Starczy, że zniszczyłaś ten generała Lee.
Sara otworzyła szeroko oczy.
- Chyba nie sądzisz, że uwierzyłem w te brednie z jego zniszczeniem. Może nie poważasz generała, ale zapamiętaj, że w tym domu nazwisko Lee wymawia się i będzie wymawiało z szacunkiem. Nawet, jeśli przegramy tą wojnę! „Light Horse Harry” był w tym domu podejmowany, kiedy mnie jeszcze nie było na świecie. Jego syn może kiedyś tez uczyni mi ten zaszczyt.
- Nie przekroczy progu tego domu...
- ...żaden Jankes!
- Nie, już żaden więcej Lee. Jak był Jeb Stuart...
- To, co innego.
- Dlaczego?
- Ojcze nie dręcz mnie! - Sara zacisnęła pięści. Bardziej z bezsilności. Ufność ojca i poświęcenie Sprawie druzgotała jej spokój. I świat. - Ojcze my tej wojny nie wygramy.
- Co ty wiesz?! Jutro Francja, jak za Waszyngtona wyciągnie do nas rękę. Napoleon nas nie zostawi. A Anglia...
- Co Anglia?! - krew potomkini panny Wetherburn niemal zawrzała w tej chwili. - A twa pamięć dla dzielnej babki? Popraw mnie, jeśli się mylę, czy to nie ta dzielna Sara walczyła z Anglikami?! Mam ci przypomnieć gdzie miała Anglików?!
Ojciec machnął ręką. Broń, której tak często używał w rozmowach teraz obróciła się przeciwko niemu. Odwrócił się i podszedł do stolika, nad którym wisiała mapa. 
- Pisał wczoraj Robert Taylor.
- Nic nie mówiłeś.
- Bronią Vicksburga, jakby byli na przedmieściach Richmond. Dzielne chłopaki. - zaczął palcami bębnić po mapie. - Pemberton utrzyma się. Nie podda się, to pewne. Kawaleria Roberta szarpie podjazdy jankesów.
- To nie jest  w Vicksburgu?
- Lee wszedł do Pensylwanii. Rozumiesz, co to znaczy? - teraz ojciec zacisnął pieść i uderzył nią w mapę: Trzymamy ich za kark. Lee z Longstreetem rozbiją Jankesów w jednej, decydującej bitwie...
- Ojcze?
Ciężko oddychał. rozpiął ostatni guzik w krepującej go koszuli.
- To nic kochanie, nic...
Podszedł do okna.
- Piękna noc.
Mocno wciągnął powietrze nosem.
- Czujesz?
- A jeśli Vicksburg padnie? I ten tam... no...
- Grant, kochanie.
- No właśnie Grant zajmie miasto?
- To moczymorda! Chyba nigdy nie trzeźwieje - parsknął śmiechem, sam bawiąc sie tym, co powiedział. Ale Sarze nie było do śmiechu.
- A jeśli moczymorda złamie Vicksburg...
- Pemberton!... Pemberton wytrzyma! Tyle już przeszli... Czytałaś gazety? Johnston nadciągnie z odsieczą i pogoni tych Grantów i Shermanów z powrotem!
- To stary numer ojcze! Sprzed tygodnia! Mamy już lipiec! Johnston?
- Wiary, moja droga. Wiary.
- W co? W Pembertona? W Johnstona?
- Babcię Lee!
- A jeśli babcia przegra? Pomyślałeś o tym, ojcze?
Stara głowa wykonała chaotyczne skręty.
- Wtedy... niech nas pan Bóg strzeże Saro...
Twarz jego przybrała wygląd obitego baseta. Nagle ściągnęła się. Sara też usłyszała skrzypnięcie klamki i powolne otwieranie się drzwi. Stanęła w nich pani de Boulay.
- Tak moja droga?
- Peter Warren... telegraf...
- Mów składniej.
- Grant zdobył Vicksburg!

 cdn

PS: To 1700 tekst/post opublikowany na blogu od 15 XII 2012 r.

Brak komentarzy:

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.