sobota, maja 30, 2020
Pandemiczne opowieści - odsłona III - non omnis moriar
Nazywam się Hector Westwood.
Przepraszam, nazywałem się Hector Westwood.
Umarłem.
Wczoraj.
Nie znam się, ale chyba był to udar mózgu. Po prostu jeden ból, zaćmienie umysłu, osunięcie się na podłogę. Zanim powieki przykryły moje wybałuszone zaskoczeniem oczy dostrzegłem twarz mojej żony Peggy. Nie potrafię wyrazić, co się na niej malował. Czy to było zaskoczenie, pomieszane z bezgraniczna rozpaczą, czy tylko było to przedziwne: ech! ach! och!? Nie wiem. Od padnięcia na posadzkę, która tyle mnie kosztowała, do odpłynięcia ode mnie życia minęło kilka chwil, których ani w minutach, ani sekundach nie da się określić.
Nie znam się, ale chyba był to udar mózgu. Po prostu jeden ból, zaćmienie umysłu, osunięcie się na podłogę. Zanim powieki przykryły moje wybałuszone zaskoczeniem oczy dostrzegłem twarz mojej żony Peggy. Nie potrafię wyrazić, co się na niej malował. Czy to było zaskoczenie, pomieszane z bezgraniczna rozpaczą, czy tylko było to przedziwne: ech! ach! och!? Nie wiem. Od padnięcia na posadzkę, która tyle mnie kosztowała, do odpłynięcia ode mnie życia minęło kilka chwil, których ani w minutach, ani sekundach nie da się określić.

