
Zacznę nietypowo, bo nie od książki, ale od... artykułu. Książkę i artykuł łączy rzecz jasna autor: Ludwik Stomma! "Czytajcie Anię" ("Polityka" nr 3 /2016, s. 105), kilka zdań: "Doszedłem wreszcie do tego momentu dorosłości, kiedy dane mi zostało zrozumieć, że nie Szekspir, Tołstoj, Dostojewski, Stendhal, Steinbeck, Grass, a nawet nie Pilch. Że powieścią mego życia jest «Ania z Zielonego Wzgórza»". Skąd taka deklaracja? Wyjaśnienie jest, a jakże kilka linijek poniżej: "...na trzystu stronach (wydanie Naszej Księgarni z 1985 r.) nie mamy ani jednego morderstwa, nikt nikogo nie okrada, nie popada w neurastenię, pijaństwo ani pedofilię, nikt się nie bawi w walki polityczne, nawet jeśli dowiadujemy się mimochodem, iż Maryla była konserwatystką. [...] Jedyną złą wiadomością na trzystu stronach jest bankructwo Banku Abbey, które spowoduje zawał serca Mateusza". Po co TEN prasowy cytat? Aby jednym umiejscowić, z kim (jako pisarzem) mamy do czynienia; drugim, że jest literatura ponadczasowa i czeka na nas? Nie, nie znam książki Lucy Maud Montgomery. Mój świat wtedy, kiedy koleżanki rozczytywały się w losach niezwykłej Anki Shirley, to był raczej M. Twain, J. London, A. Dumas, J. Verne.