niedziela, maja 31, 2015
Po prostu - Clint Eastwood...

Jeśli napiszę, że to "fenomen" to wywołam uśmieszek politowania? Bo przecież Ameryki nie odkrywam. Pewnie, że każde ma s w e g o Clinta. Mój pierwszy film, jaki utkwił w pamięci (choć założę się, że nie miałem wtedy pojęcia kim jest ten facet o "ponurem obliczu"), to "Tylko dla orłów / Where Eagles Dare". Pamięć nie zakodowała, kiedy po raz pierwszy widziałem westernową trylogię Sergio Leone (a w niej oczywiście "Dobry, zły i brzydki / Buono, il brutto, il cattivo / The Good, the Bad and the Ugly"). To włoski reżyser tak napisał o Jubilacie: "To, co mnie uderzyło najbardziej w Clincie, to jego leniwy sposób poruszania się. Wydał mi się bardzo podobny do kota". Już zdradzałem na Facebooku (i to dwukrotnie), że nad ekranem monitora wisi plakat z tego właśnie filmu. Dla wielu,wielu z nas będzie to rewelacyjne wcielenie Harrego Callahana. "Brudny Harry / Dirty Harry" podbił serca od "pierwszego obejrzenia". I chyba nie pomylę się, że 1971 r. rozpoczął triumfalny pochód Eastwooda przez ekrany kin?