sobota, lipca 17, 2021

Smakowanie Bydgoszczy - 91 - Lisia! Lisia! Lisia!

"Ile można?" - zniesmacza się ktoś tam. To, jak zwykle, zapraszam na inny blog. Jak komuś nie w smak, to co piszę, to niech oddali się bez awantur i zacietrzewień. Nikt nikogo na sznurku nie trzyma i obowiązku czytania nie ma. Jak na razie. Wakacje to taka pora, kiedy wreszcie wracam do miejsc ulubionych. Nie dość na tym: była to wycieczka piesza! Nie rowerem, nie samochodem, tym bardziej konno. Zresztą nie posiadłem umiejętności dosiadania equusa caballusa (o ile dobrze odmieniam?). 
 

 
Nie pamiętam, abym prowadził swoich wiernych Czytelników po jednej z najważniejszych ulic dzieciństwa: LISIEJ! Tam na skrzyżowaniu z Biskupińską stoi dom, pod numerem 32. Wygląda ździebko inaczej, niż w 1996 r., kiedy rodzina zdecydowała o jego sprzedaży, aliści zbudował go na początku lat 60-tych mój osobisty, wileński dziadek Stanisław (II) Poźniak (1906-1989).
 

 

Zaczynam peregrynację od... ronda, którego kilka lat temu nie było. O ile ktoś nie odwiedzał tego miejsca przez minione lata, to będzie zaskoczony. Bez obaw, tych zaskoczeń będzie jeszcze kilka. I no będzie to dotyczyło dawnej posesji i parceli Dziadka (zaiste ten fragment ulicy Lisiej zmienił się najbardziej). Przebudowa wymusiła, że krzyż, jaki przed laty postawił pan Wojnowski został przeniesiony. Dawni mieszkańcy pamiętają, że zastąpił on drewniany krzyż. Co się z nim stało? Nie wiem. Zasilił podpałkę czyjegoś pieca? 
 
 
Nie trzeba zbytnio wdrapywać się na Lisią, aby dojrzeć... rewolucję! Myślę o domu, który mi kojarzy się z tymi, jakie widuję w programach Kevina McClouda. Autentycznie! Patrzę, widzę i mówię: Kevin! Czegoś takiego nie spotkamy na całej długości Lisiej! XXI w. wdarł się na zachodnią rubież miasta, jak amen w pacierzu. Robi wrażenie. Formą! Pozytywności zobaczymy kilka kroków dalej, kiedy m. in. z domów rodziny O. (nazwisko znane autorowi) zniknęły azbestowy płyty dachowe. Jednej trucizny mniej w okolicy.
 
 

No i rewolucja nr 2! Wryło mnie! Zaskoczyło!  Do dziś nie upubliczniłem zdjęć, jakie robiłem w tym miejscu. Chodzi o sad rodziny B. (nazwisko znane autorowi). Nie ma go! Wycięty. Do gołej ziemi! Zrobiło się gorzko w gębie. Kolejny świadek dzieciństwa mego - zniknął bezpowrotnie. Widać stare drzewa już nie rodziły obfitości, a może (bo nie wiem tego) rodzina sprzedała grunt i tylko patrzeć, jak przy Lisiej zaczną wyrastać kolejne domy? 
 
 
 

Nowy dom na podwórku zaprzyjaźnionej rodziny Z.
(nazwisko znane autorowi). Czyżby stary, jeszcze po niemiecki (Prądy przed 1 IX 1939 r. były kolonią niemiecką) miał zostać rozebrany? Stawiam kolejny znak zapytania. Dawna stodoła, obora, szopa, po których dachach biegaliśmy (razem z Ryśkiem i Wojtkiem Z.) jeszcze stoją. Wszystko to jakoś zmalało, skurczyło się, zapadło. No, ale ja wtedy nie miałem 191 cm, a i kilogramów zdecydowanie mniej. 
 

 

Pewnie, że serducho mocniej bije przy numerze 32! To ja przez te okna wychodziłem i wchodziłem, gdy byłem smarkacz i gnałem na łąki, do stodoły, których już nie ma, bo na części ich od 1977 r. powstawały ROD "Spartakus". Zawsze śmieszyło mnie (!), jak można było miejscu, gdzie rosła marchew, piękniały pomidory, kwitły kwiaty wszelakiej proweniencji dać za patrona trackiego niewolnika, któren zatrząsł republikańskim Rzymem w I w. p. n. e. Miał ktoś fantazję, albo... nieźle w czubie.
 
 
Stoi! Stoi! Stoi! Dawny domek rodziny K. (nazwisko znane autorowi). Nie, nie ten kryty strzechą, ale to maleństwo nad stawem. Byłem kiedyś w środku. Moje 191 cm musiało się lekko skurczyć, aby nie szurać włosami po suficie. Domek jest, jak z bajki. Ile jeszcze będzie ozdobą okolicy? Nie wiem. Oby jak najdłużej. Powinien mieć status zabytku, by jakieś świętokradcze łapy nie rozbiły go, jak tego krytego strzechą. 
 

 

Czego mi brak na stawie i wokół niego? Ptactwa domowego! Żadnego  anser domesticus czy anas platyrhynchos f. domestica nie uświadczysz. Chodzi o gęś i kaczkę. Nie ma obawy: nie usłyszymy charakterystycznego syczenia, gęgania, kwaczenia. Do tego dorzućmy odgłos końskich kopyt, ale nawet szczekania psów! - nie ma! Okolica stała się nieomal bezdźwięczna! Co najwyżej jakaś piła tarczowa? Żal ściska serce.
 

 

Dom, jaki zasiedliła rodzina R., herbu Łuk (nazwisko znane autorowi), w ich części odnowiony. Ile wspomnień, gdy się pomyśli o imieninach pani A. Pół okolicy przy zastawionych i uginających się stołach. I znajomość rodzinna sięgająca... XVII lub XVIII w. Nie, to nie żart, tylko fakt familijno-historyczny. Kiedyś zaproszono mnie do SP 35 i wspominałem rodzinę R. Podeszła do mnie pewna pani i zapytała skąd ich znam. No to wyjaśniłem, że nasze rodzinny (R. i P.) zza Niemna, znad Wilii. Ale to materiał na odcinek "Sagi rodzinnej". Pamiętam, jak Waldek wyciągał matczyną balię i dawaj pływać po stawie!... W końcu jego brat pływał na "Batorym".
 

 

Łąki, łąki, łąki. Tak. Już nas nie ma na Lisiej. Minęliśmy kapliczkę, dawny dom rodziny G. (nazwisko znane autorowi) i mijając domostwo nie wiem czy wciąż zamieszkiwane przez rodzinę Ż. (nazwisko znane autorowi). I tu dopiero mnie dopadło! Na nutę piosenki wyśpiewanej przed laty przez Edytę Geppert: "...życie, kocham cię nad życie!". Do celu mojej eskapady (czytaj: śluzy) jeszcze było trochę czasu, ale ja zatrzymam się przy kolejnej pędzi ziemi, co to należała do mego wileńskiego Dziadka. Ta łąka była Jego! Za plecami kolejna brama do ROD "Spartakus", onegdaj ziemia pana G. (nazwisko znane autorowi).
 

 

 
PS: Wszystkie zdjęcia z 25 VI tego roku.

Brak komentarzy:

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.