Charlie Chaplin.
Banalne głupstwo napiszę: ikona kina niemego.
To już pięć lat, jak na tym blogu pojawił się artykuł/tekst/post pt. "Chichot historii, albo grymas losu - czyli dlaczego 16 kwietnia 1889 i 20 kwietnia 1889 ironią trącają i zgrzytają między zębami?". Dość barokowo wyszło. Wiem. Usprawiedliwione chyba będzie i darowane mi zacytowanie tego, co tam zostawiłem: "Opatrzność była w ironicznym nastroju, gdy pięćdziesiąt lat temu
zarządziła, aby Charles Chaplin i Adolf Hitler przyszli na świat w
odstępie czterech dni... (...) Data ich urodzin i identyczne wąsiki
(rozmyślnie groteskowe u p. Chaplina) mogłyby być dane przez naturę dla
ujawnienia wspólnego źródła ich geniuszu. (...) Każdy jest
zniekształconym zwierciadłem - jeden ku dobru, drugi ku nieopisanemu
złu. W Chaplinie prosty człowiek jest klaunem, nieśmiałym,
niewydarzonym, nieskończenie zaradnym i jednak oszołomionym światem,
który dla niego nie ma miejsca. (...) W działaniach i miłości prawie
równy jest aniołom. Ale w panu Hitlerze anioł stał się diabłem. Buty o
zdartych podeszwach stały sie butami do konnej jazdy; bezkształtne
spodnie - bryczesami, laska szpicrutą; melonik - furażerką. Włóczęga
stał się żołnierzem oddziałów szturmowych. I tylko wąsy są takie same".
