czwartek, lipca 27, 2017
Przeczytania... (227) Billie Holiday i William Dufty "Lady Day śpiewa bluesa" (Wydawnictwo Czarne)
"Kocham tę książkę.
Zakochałem się w niej u progu swojej jazzowej obsesji, gdy miałem zaledwie trzynaście lat. Teraz jestem pół wieku starszy, przeczytałem ją bodaj piąty raz i nadal ją kocham. cieszy mnie tylko frywolne piękne piękno tej prozy i jej poetycka szczerość; jestem wdzięczny, że dzięki tej książce mogę poznać Biblie" - taki wstęp, pióra Davida Ritza (autora wielu biografia muzycznych gwiazd, m. in. N. Cole, A. Franklin, R. Charlesa, W. Nelsona) nie pozostawia złudzeń. Mamy przed sobą dzieło klasyczne! Półwieczne! Wielka Billie Holiday przy wsparciu (jak dobrze rozumiem) Williama Duftyego pozostawiła nam książkę "Lady Day śpiewa bluesa". Mamy ją dzięki tłumaczeniu Marcina Wróbla oraz Wydawnictwu Czarne, które w serii Amerykańskiej dokształca nas wiedzą o życiu gwiazdy jazzu i swingu. Kilka dni temu minęła 58-ta rocznica śmierci niezwykłej gwiazdy. Lata 1915-1959, to lewie 44 lata. Czasy choćby dorastania moich Dziadków (lata urodzeń między 1906-1915). Tylko, że żadnych znaków równości nie da się postawić. Nie zapominajmy, że kiedy Elinore Harris przychodziła na świat dobrze miała się w USA segregacja rasowa... Ale okrucieństwo nie było obce również tym, których obecnie określa się, jako Afroamerykanami.