sobota, stycznia 11, 2020

Sara Lancaster (09)

Kapitan Robert Taylor widział tylko sterczące nad stołem buty. Nikłe ciało komendanta obozu majora Phila Readyego gubiło się w przepasanych objęciach potężnego fotela. 
- Taaak... - przeciąganie sylab miało wprawić słuchającego w stan zakłopotania. Taylorowi starczyło, że za jego plecami stało dwóch, uzbrojonych strażników i ponure oblicze kaprala. - I pan kapitan o niczym nie wie?
- Nie!
- Aaachaaa... Z pana baraku ucieka trzech konfederackich kmiotków...
- Żołnierzy - poprawił go Taylor.
- Kmiotków! Szubrawców! - rzucił z naciskiem i sięgnął po leżące przed nim  na talerzu jabłko. - Trzech ucieka i nikt nic nie wie? Oficer jest ślepy, głuchy czy może... głupi?

 - Wypraszam sobie!
- Gówno mnie to obchodzi, co sobie kapitanik z Georgii...
- Jestem z Wirginii...
- Jestem z Wirginii... - z pogardą powtórzył major Ready. I ugryzł jabłko. - Piękną Wirginię spalimy na wiosnę! Znasz tę piosenkę?
Taylor nie odpowiedział.
- Ja też nie znam, bo jej jeszcze nikt nie napisał. Ale wepchniemy z powrotem Lee do tej waszej osranej Wirginii i spalimy do gołej ziemi. A te wasze suczki...
Taylor trzymał nerwy na postronku, ale... Czuł, że jest bliski wybuchu.
- Masz Taylor siostrę?
- Nie.
- Nie? Jaaakaaa szkoda! - ryknęły za pytanym trzy tubalne głosy. - Zabawilibyśmy z panienkami.
- Nie sądzę?
Major Phil Ready wstała. Wyglądał pociesznie. Wzrostu mniej niż niskiego. Patrzył z dołu na Taylora. Dałby przysiąc, że ten marnieje w oczach. Wychudła twarz kryła się pod gęstym zarostem.
- Czy ty Taylor zawsze nosiłeś brodę?
- Nigdy.
- Niiigdy? A teraz, jaka obfita?
Obszedł go i stanął za plecami.
- Jak takie bydlę, jak Wayne mógł rozpuścić się? Przecież na kilometr czuć go łajnem z południa!
Taylor wolał patrzeć przed siebie, niż reagować na zaczepki tego jankeskiego pokurcza.
- Wiesz, co zrobimy z nimi, kiedy ich już dopadniemy? No pomyśl oficerku? Najchętniej bym obdarł gada ze skóry. W moim dawnym kraju, to niemalże norma. O! zdzieranie pasów! Aż korci, żeby tak z waszych sukinsyńskich pleców zedrzeć!
Taylor nie podjął dialogu. Choć zaintrygowało go z jakiego barbarzyńskiego kraju mógł pochodzić ten mikroskopijny oprawca. 
- Tak, Taylor. Przekażesz tym swoim barakowym bękartom, że obniżamy rację żywności. Na razie na tydzień. A normę podniesiemy?
- To nieludzkie.
- O! jednak oficerek umie gadać?! Nieeeludzkieee?  - parsknął i splunął odgryzionym kawałkiem jabłka. - To ty i twoje zasrane południe jest nieludzkie! Ilu czarnych obatożyłeś, sukinsynie?! Z iloma spałeś, hę?!
Taylor czuł, jak nabrzmiewają mu żyły na skroniach.
- Ile twoich bękartów biega nad Potomakiem?...
Pięści same zaciskały się. Taylor odwrócił się do mówiącego.
- Mój ojciec wyzwolił swoich Murzynów przed moim urodzeniem.
- Swoooich Murzyyynów? Brawo! Słyszeliście chłopcy?
- Nigdy, nikogo nie skrzywdziłem!
- Ale twoi bracia katowali, gwałcili, upodlali!
- Mam przez nich cierpieć?
Major Phil Ready zaczął się śmiać. Jakimś skrzeczącym, panicznym śmiechem. Myślałby kto, że to osioł bryka na polanie.
- Masz tu zdechnąć, sukinsynie!
Zawtórował mu znowu śmiech strażników i kaprala.
- Będę miał dla ciebie i twoich kmiotków niespodziankę.
Taylor milczał.
- Nie jesteś ciekaw? Przywiozą dziewczynki?...
Taylor zaczął patrzeć w sufit. Więcej go obchodziły muchy, które kroczyły po lampie, niż bełkot tego nieudacznika w błękitnym mundurze.
- Ha! ha! ha! Żadnych kurewek Taylor! To był żart.
- Domyśliłem się.
- Będziecie mieć nowych strażników.
Ready wrócił za swoje biurko. Usiadł.
- Czarnych! Rozumiesz konfederacki łbie?
Rozbawiło go to do łez. Pozostali żołnierze zawtórowali majorowi. Stanowili zgodny chórek uwielbienia. Jeden Taylor stał bezradny.
- Nie cieszy cię? Jakiś  Freeman będzie was sukinsyny pilnował. Dobrze to wymyśliłem, coooo? Czego milczysz?
- Podziwiam pana pomysłowość majorze. 
- Ooooo!... Pomysłowość! Muszę to zapamiętać. "Pomysłowość majora Phila Readyego" - taki nagłówek w książce o mnie.
- Wysoko pan mierzy! Zaraz książka?! Może poemat?
- Ty Taylor masz dobry pomysł: poemat! - twarz majora przybrała wszelkie barwy bufonady! Teraz to Taylor niemal ryknąłby śmiechem. Pomyślał jeszcze o... pomniku w parku imienia tego jankeskiego grubianina. Wolał jednak nie przeciągać struny. Słusznie podejrzewał, że nie znalazłby aprobaty dla takiego pomysłu.
Major jednak na swym marzeniu... popłynął. Wyciągnął z biurka lusterko, jakiego używał przy goleniu. Uparcie zaczął się w nie wpatrywać. Badał swą fizjonomię? Ciekawe, pod jakim kątem - pomyślał Taylor.
- A może... po...  popiersie? - usłyszał z ust komendanta.
- Dlaczego nie pomnik na koniu?
Major zerknął na jeńca. Albo nie zrozumiał ironii, albo naprawdę pochłonęła go pycha i zarozumialstwo. Pogłaskał hiszpańską bródkę.
- Tak, dlaczego nie na koniu?
Zapadło milczenie. Żołnierze spoglądali ze zdziwieniem na swego dowódcę. Konfederacki jeniec był już zmęczony.
- Zabrać go do baraku! Później postanowię, co z nim zrobić.
Szurnęły trzy pary stóp. Kapral pchnął Taylora przed siebie.
- Łapy przy sobie! - syknął Taylor. - Jestem oficerem!
- A ja kapralem. I mam gdzieś twą rebeliancką szarżę!... Zrozumiano?!
- Ross! - warknął major. - Nie bądź taki chamski, bo jeszcze pan oficerek powie na południu, że go traktowano, jak psa. Taylor wbij sobie w ten konfederacki łeb: jesteś tu zerem, szmatą, niczym! Ty już nie istniejesz. Chyba, że babcia Lee upomni się o ciebie! Zabrać go! Won!
Wyszli. Major Phil Ready został sam. Wyjął z szuflady biurka butelkę whisky. Nalał sobie całą szklaneczkę.
- Jaki męczący ten dzień...

cdn

Brak komentarzy:

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.