Strony

Strona główna

piątek, 3 stycznia 2020

Sara Lancaster (07)

W gabinecie Thaddeusa Tennysona  panował półmrok. Lampa dawał niewiele światła. Stojący opodal świecznik był wygaszony. Sara ze skupieniem śledziła powolne ruchy sędziwego wuja-prawnika. Z porteru nad kominkiem spoglądała na nich wspólna przodkini, tak często przez ojca wywoływana Sara Tennyson. Zawsze przy jej imieniu stawiano cały zestaw określeń: "dzielna", "odważna", "z charakterem". Znała to na pamięć. Ile by teraz dała, żeby zeszła z tego portretu i jak za Waszyngtona wsparła swoją odwagą imienniczkę. Ale była tylko starzejącym się portretem. Jednym z wielu, jaki zachowano w rodzinie. Całe dziedzictwo Tennysonów i potomków w linii żeńskiej.
- Jesteś pewna, kochanie, że chodzi o...
- Door to Hell, wuju. Nie wiem, co to znaczy, ale gdy pada ta nazwa dookoła robi się ponuro i cicho. Mam wrażenie, że nawet więdną kwiaty?
Wuj zmarszczył czoło. I na niego ta nazwa wywierała jakieś koszmarne wrażenie.
- O co w tym wszystkim chodzi? Wuju!
Ten zdawał się nie słuchać Sary? Ale to nieprawda, słuchał. Nie wiedział tylko, jak jej wyłożyć, w jakim miejscu znalazł się kapitan Robert Taylor. Przyjrzał się Sarze.
- Dlaczego chcesz pomóc temu... Taylorowi?
- Przecież wuj zna Roberta. 
Wuj sięgnął po kolejne cygaro:
- Czy mi się zdaje czy moja różyczka zarumieniła się? Czy coś cię łączy z tym oficerem?
Sara zastygła. Nie spodziewała się tego pytania. Dyskrecja - to przecież jedna z zalet prawników, pomyślała. Zbyt ostatnimi czasy oddaliła się od wuja Thaddeusa, aby teraz otwierać się przed nim, jak księga. Nie miała ochoty zwierzać się, a tym bardziej zapraszać tego starca do sekretnych zakamarków swej duszy...
- Przecież jestem... wdową... mój mąż Xavier...
- Wiem, wiem. Tak pytam.
- Nawet gdyby coś mnie łączyło wuju z kapitanem Taylorem, to chodzi tu tylko o niego. Pastor, który mnie odwiedził dał mi do zrozumienia, że Robert prosił, abyś ty wuju użył swoich wpływów na Północy.
- Wpływów? - wypuścił z ust strugę dymu. - Wiesz, że pobierałem nauki w Kenyon College?
- No... - Sara nie widziała związku tego pytania ze sprawą, która przedkładała. Jej zdziwienie musiało być aż nadto widoczne.
- No, tak, co ciebie może obchodzić, gdzie stary wuj pobierał nauki. Wiesz z kim byłem na roku?
Pauza. Jak ona  nie lubiła tych wujowych pauz. Zawsze poprzedzały coś, co ów uważał za ważne, godne uwagi, a najczęściej by w ten sposób podkreślić swoje znaczenie, bo na pewno o to i tym razem chodził. Próżniak - ciskało się w Sarze. Tylko, że nie mogla tego z siebie wydobyć. Zbyt wiele mogło od wuja zależeć. Krępowała ją ta usłużna zależność. 
- Nie wiem drogi wuju, ale sądzę, że mnie oświecisz.
Wuj przechylił się przez blat potężnego biurka. Niemal szeptem powiedział:
- Edwinem McMasters Stantonem.
Zrobiło to wrażenie na Sarze:
- Ten Stanton?
I ujrzała rozjaśniające się oblicze starca. Tak, to była ta kolejna chwila triumfu wytrawnego lisa.Nie potrafił zachować pokerowej miny. Triumfował całym sobą.
- Innego nie znam.
- Przecież to dziś... Niemożliwe.
- Co jest niemożliwe, moja droga? - gabinet wypełnił radosny śmiech gospodarza. - To, że to mój kolega ze szkolnej ławy, czy że jest tym kim jest u boku tego przybłędy z Kentucky?! 
- Sekretarz wojny? Wuju...
Sara chciała niemal klasnąć w dłonie. 
- To... to...
- Uważasz, że to normalne, aby stary prawnik z parszywego Południa pisał do Waszyngtonu, do sekretarza wojny w sprawie jakiegoś rebelianckiego oficera?
- Wuju...
- Jak ty sobie to wyobrażasz?
Sara poderwała się na równe nogi.
- To jak mam to rozumieć?! Pomożesz Robertowi?! Przecież, to... to... jeden z nas! Syn Południa! Taylerowie są tak starą szlachtą, jak Tennysonowie czy Lee! Jego przodek podpisał Deklarację!
- Twoje argumenty są, jak kule z ołowiu, kochana Saro. Kto pojedzie do Waszyngtonu? Poślę tam gołębia? Czy może poprosić generała Lee, kiedy tam dotrze, żeby zaniósł do Białego Domu?!
- Czemu ironizujesz wuju?! 
- Kto zawiezie list? Wybacz, ale mój wiek i podagra czynią taką podróż niemożliwą.
- Jak kto pojedzie?! - Sara wsparła się obiema dłońmi na blacie biurka. - Ja!
- Ja?! - parsknął wuj-prawnik. - Nie jesteś smarkatą Sarką, abym brał poważnie twoje szalone pomysły!
- Wuju! Nie kpij ze mnie! Ja pojadę!
I spojrzała na portret. Wuj pociągnął wzrokiem w tym samym kierunku.
- Sara Wetherburn była...
- Szalona? Tak, chciałeś powiedzieć? 
- Po pierwsze usiądź i ochłoń.
Sara usiadła.
- To były inne czasy...
- Jakie inne?! - obruszyła się Sara. 
- Trwała wojna!
- A teraz, co? Mamy karnawał z Lincolnem i Jankesami?!
- Teraz jest... wojna domowa! Kobieto! Opamiętaj się!
Sara wstała i jak wytrawny strateg zaczęła  przemierzać gabinet dużymi krokami.
- Wuj napisze list do Stantona, a ja...
- Czy ja mam inny wybór?
Sara patrząc na portret swojej imienniczki odrzekła:
- Raczej nie, drogi wuju. Stanton otrzyma list do rąk własnych.
- Jak myślisz przedrzeć się na drugą stronę? To istne szaleństwo! Mam ci też napisać.
Sara pokiwała głową.
- Jest mundur Xaviera z West Point.
- O czym ty mówisz, kobieto?! - dorzucone ostatnie słowo wskazywało, że wuj-prawnik wkraczał na trudną ścieżkę perswazji, a nawet nacisku połączonego z odmową. - Chcesz w jankeskim mundurze... Cywil w mundurze obcej armii? Wiesz, co to znaczy?
- Pomoc dla...
- Głupia jesteś! - nie wytrzymał. Mógł zdzierżyć różne pomysły Sary, ale to, co usłyszał roztrzaskało jego spokój ostatecznie. - To kula w łeb.
- Za mundur?!
- Za szpiegostwo! Już widzę te nagłówki w jankeskiej prasie: "Szpieg w mundurze naszej armii. Sara Lancaster, wdowa po rebeliancie, próbowała w naszym mundurze przedrzeć się do Waszyngtonu. Nasza czujna żandarmeria ujęła niebezpiecznego szpiega. Sąd wojenny skazał ją na śmierć". Takiego chcesz wyniku?!
- Wuju...
- Wuju, wuju! - zaczął machać rękoma na boki, nie bacząc, że rozsypuje popiół z palonego cygara. - Twoją matkę by to zabiło. A ojciec? Pomyślałaś o ojcu?!
- Myślę o Robercie...
- Pomyśl o nich! - wzburzenie starego prawnika doszło zenitu, bo uderzył pięścią w stół. - Ja do tego ręki nie przyłożę.
- Mogłam ci nic nie mówić.
- Ale powiedziałaś moja droga! Ale powiedziałaś!
- Wuju... chodzi tylko o list. Jeden, mały liścik...
Znowu była małą Sarką, którą stary wuj brał na kolana. A, że nie miał już własnych dzieci, najmłodsza Carolin zmarła w wieku trzynastu lat, to ta trzpiotka zajęła miejsce w jego sercu. Tylko, że teraz była już dorosłą kobietą, do tego wdową po weteranie wojennym, matką małej Emilii. Skąd przypałętał się ten Taylor?
- Czy ja zawsze muszę ulegać tobie?
Sara uśmiechnęła się.
- Napisze, wuj?
Cierpka mina starego prawnika wcale nie zmieniła na barwie kwaśnej dezaprobaty.
- Wiesz, że jestem temu przeciwny?
- Wiem wuju.
Baczne spojrzenie skupiło się na Sarze.
- Ale z tym mundurem... to był...
- Żart, wujaszku. Żart.
Kiwał tylko głową. Zaczął pisać.  To nie była prawnicza epistoła. Wręcz przeciwnie. Kilka krótkich zdań. Zawahał się, kiedy miał postawić swoje... imię. Czy godzi się napisać: przyjaciel Thadd? Sara uważnie śledziła czynność wuja. Słychać było tylko skrobanie pióra po papierze i sapanie autora listu. Po chwili stalówka postawiła kropkę. Sapanie też jakby zmilkło.
- Wuju jesteś najlepszy po tej stronie Potomacu! 
I pocałowała go w policzek.
- Daj już spokój Saro!...
Wyglądało, jakby chciał się od niej opędzić. Ale w głębi serca tęsknił za taką wylewnością. Odkąd choroba i wiek skazały go na byt w tym ponurym domu - taka odmiana, jak pocałunek młodej krewniaczki był, jak promyk światła.
- Poproś Chrisa, aby dał ci moje najlepsze konie.
- Wuju! Jefferson Davis nie ucieszyłby mnie swoją wizytą, jak ty... teraz...
- Daj spokój z Davisem! Weź najlepsze konie.
- Dobrze.
Wuj podał jej kartkę. Złożyła list. W oczach wuja dostrzegła nutkę goryczy?
- Co to? Wujku?
- Idź już! Bo się rozmyślę.

cdn


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.