poniedziałek, maja 08, 2017

Przeczytania... (213) Krzysztof Masłoń "W pisarskim czyśćcu. Sylwetki dwudziestowiecznych pisarzy" (Wydawnictwo Zysk i S-ka)

"...idziesz nie swoją drogą. Nosisz się ze swoim ateizmem jak kura z jajem, a Ty wiesz, że jesteś marnym robakiem i za jednym skinieniem nie mówię Boga, bo Bóg takimi gówniarzami się nie zajmuje, ale Jego Mocy, a z ciebie dymek tylko pójdzie. [...] Mnie śmieszy, że byle chłystek powąchał trochę szkoły i myśli, że już świat opanował, a ja Wam wszystkim mówię, że Wy jesteście głupi. Co z tego, że trochę bazgrasz? Ale tracisz grunt pod nogami i pamiętaj, że wszyscy ci, co się starają Ciebie zepchnąć na bezdroża, będą się cieszyć, kiedy już zatracisz swoje «ja»" - tak pisał ojciec, Stanisław Borowski do swego syna Tadeusza (1922-1951). Cytat zapożyczam z książki Krzysztofa Masłonia pt. "W pisarskim czyśćcu. Sylwetki dwudziestowiecznych pisarzy" (Wydawnictwa Zysk i S-ka). No i mamy spotkanie z trzydziestoma dwoma pisarzami i poetami, z których część na pewno poznaliśmy, nazwiska wielu z nich odnajdziemy na tym blogu.

Autor prowadzi nas przez życia 32 twórców. Pisarzy, poetów. Nie szczędzi im słów krytyki, gdzie trzeba pochwali. Zdziera patynę tam, gdzie według niego ona niegodna posiadacza? Dla tych, którzy znają podobne oczyszczające, że się tak wyrażę środowisko książki (np. J. Siedleckiej), ta autorstwa K. Masłonia będzie tylko potwierdzeniem tego, co już wiemy (np. sylwetka A. Kuśniewicza). Ze smutkiem spostrzegam, że  Autor nie kryje swoich współczesnych antypatii i ciska swe oceny na temat to Adama Michnika, to środowiska "Gazety Wyborczej", któregoś ze Stuhrów. Nie wiem czy akurat ta książka jest dobrym miejscem na tego typu rozrywki personalne i ideologiczne.
Sięgałem po książkę z premedytacją. Zawsze przynętą są nazwiska bohaterów.  A tu mamy istny gwiazdozbiór literacki XX w. Pewnie, że jest niedosyt. Brakuje mi wielu ważnych ludzi pióra. Tak, oni gdzieś tam przemykają.  Niestety pan Krzysztof Masłoń nie uważał za stosowne uczynić z nich person swego pisania. Bo skoro zauważył Trzebińskiego i Gajcego, to dlaczego nie wpuścił Baczyńskiego? Jak bardzo, na przeciwwagę, M. Hemara zabrakło J. Brzechwy. Lechoń ledwo się błąka między wierszami? A Broniewski? A Jasienica? A Tuwim? A Gałczyński? Można by tak mnożyć. No cóż książka nie jest z gumy...
Jednego czego na pewno Autorowi nie da się odmówić, to ciętego, chwilami dość złośliwego języka. Mnie to osobiście raziło. Pewnie, że szamba nie można nazywać perfumerią, jaki kiedyś obrażał śp. panią Prezydentową uznany jeden z toruńskich duchownych. I należało nazwać po imieniu artystyczną kolaborację, zwykłą podłość, małość, sprzedajność. Trudno inwigilację własnego środowiska nazwać... peregrynacją intelektualną. Ale we wszystkim, tak uważam, należy zachować umiar. Chwilami po prosu Autor płynie po swej niechęci i bardzo lubi raz jeszcze przyłożyć raz zaatakowanemu adwersarzowi. Dobijać konia, kiedy on już leży?
Można nie cenić twórczości Agnieszko Osieckiej, ale tak ostro postponować to już chyba przesada. Czy tu odbijają się czkawką jakieś osobiste zaszłości Autora? Tego ja wiedzieć nie mogę, ale już pierwsze zdanie z rozdziału "Wieszczka z Saskiej Kępy" ustawia nas jednoznacznie: "Na czoło peletonu w wyścigu mistrzów pióra ostatnich dziesięcioleci zdecydowanie wysuwa się nie żaden z noblistów, nie Zbigniew Herbert, ni Tadeusz Różewicz, lecz Agnieszka Osiecka". Potem jest już tylko gorzej. Obrywa się za "Dzienniki". Nie chodzi już o zachwyt młodziutkiej Agnieszki nad przemianami w nowej, powojennej Polsce i świecie. Jak podsumowuje cytowany rok 1950: "Tymczasem literaturoznawcy - darujmy sobie nazwiska - utrzymują, że ta «ukryta autobiografia» to «niezwykły dokument i pasjonująca lektura». Doprawdy?". Podejrzewam, że miłośników A. O.  po prostu wkurzy narracja tego rozdziału. Z godną podziwu skrupulatnością K. Masłoń wylicza ile konkurencyjne wydawnictwo Prószyński i S-ka wydało dzieł Osieckiej. Dostaje się kilka stron dalej za ukazanie się "Listów na wyczerpanym papierze" - bez podania wydawnictwa. Trudno nie zgodzić się jednak z tym, co napisano  "W pisarskim czyśćcu...": "Zgodnie z hasłem «Wszystko na sprzedaż» wystawiane jest na pokaz życie prywatne współautorczyni Listów na wyczerpanym papierze, bo o nie tu chodzi. Prezentowane są przy tym żenujące historie [...]". Powinny istnieć pewne wewnątrzrodzinne hamulce i zachować coś z życia "Zacnej Agusi", jak ją określał Jeremi Przybora, którego próżno szukać w oddzielnym rozdziale omawianej tu książki.
"Prawdą też jest to, że wydobyte spod warstwy kurzu socrealizmu wierszydła noblistki budziły nie tylko zdumienie, ale także oburzenie. Z tym że pastwienie się nad podobnymi utworami jest raczej zajęciem jałowym" - te cenne uwagi dotyczą oczywiście Wisławy Szymborskiej. Brakuje mi cały czas księgi "Antologii poezji polskiego socrealizmu". Wrzucić tam wszystkich znanych i zapomnianych i raz na zawsze zamknąć rozdział "polowań na czarownice" w historii rodzimej literatury. Wiadomo, że nie ma świętych krów i skoro wypomina się T. Konwickiemu, ale i cytuje jego słowa: "Brałem udział, ale byłem obok. Przeżywałem, ale nie utrwaliłem się w pamięci. Grzeszyłem, ale nie chce mi się codziennie spowiadać". To dobrze, że choć we fragmentach możemy czytać  peany na cześć Stalina i ustroju, partii [chyba jeszcze rzecz dotyczy WKP (b)], bo wiersz dotyczy żalu po śmierci Stalina:

Jaki rozkaz przekazuje nam
na sztandarze rewolucji profil czwarty?
- Pod sztandarem rewolucji wzmocnić warty!
Wzmocnić warty u wszystkich bram!

Oto Partia - ludzkości wzrok.
Oto Partia - siła ludów i sumienie.
Nic nie pójdzie z Jego życia w zapomnienie
Jego Partia rozgarnia mrok.

Tak, to laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie literatury AD 1996. Na przeciwwagę mamy sylwetkę inną: "W 1951 roku pojechał jednak na akcję odbierania kułakom zboża, którego nagle w całej Polsce zabrakło. Po powrocie zrezygnował z pracy i odesłał legitymację ZLP. Nie chciał dołączyć do nadzorców niewolników i stać się zawodowym literatem za cenę kłamstwa". To o Zbigniewie Herbercie. Smutne, że i w życiu tego poety polityka poczyniła spustoszenie w gronie sobie bliskich ludzi i doszło do rozejścia się Herberta z Michnikiem, o którym napisał, a K. Masłoń nie zapomniał zacytować: "Michnik jest manipulatorem. To jest człowiek złej woli, kłamca. Oszust intelektualny".
"Niekończące się pasmo sukcesów pisarskich Andrzeja Kuśniewicza  ma [...] wyjątkowo paskudne drugie dno, gdy uświadomimy sobie, że przeciwwagą dla Nagród Państwowych, Sztandarów Pracy, błyskawicznie wydawanych, wznawianych i tłumaczonych na obce języki powieści były pracowicie spisywane donosy, które długimi latami TW «Andrzej» sporządzał dla Służby Bezpieczeństwa, przede wszystkim kablując na swych kolegów po piórze, a to Pawła Jasienicę i Jerzego Andrzejewskiego, to znów Igora Newerlego, Tadeusza Konwickiego czy Marka Nowakowskiego" - żadne z zapodanych tu zdań nie wymaga komentarza. Zresztą w tym wypadku pan Krzysztof Masłoń wykazał się wiszą wstrzemięźliwością, niż pani J. Siedlecka, gdyż słowem nie wspomina, że gratyfikacją za wierną służbę pisarza/konfidenta były tzw. kosze delikatesowe. Ciekaw jestem, czy Marian Brandys dzielił się swymi spostrzeżeniami, czy tylko notował je w swoim dzienniku (te z 1972 r.): "Coraz większe obrzydzenie czuję do pana K. Stara pieszczota. Książątko Ponińskie. Wiewiórka z tym swoim łebkiem i łapkami. Musi się w tym ciałku kryć niezłe piekło".  Cenna współpraca trwała w latach 1960-1981. Przy okazji wspomina się agenturalną działalność Henryka Worcella czy Zofii O'Bretenny (żony P. Jasienicy). Też nie mogę zrozumieć dlaczego prezydent Lech Wałęsa pośmiertnie nadał TW "Andrzejowi" Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski.
"Pił chwacko (tęga głowa) i był mistrzem uwodzenia dziewczyn. Szokował je i zadziwiał, na przemian czuły i brutalny. Wpatrywały się w niego psimi, oddanymi oczami. [...] Umiał zwodzić ludzi. Dużo niszczycielskiej siły tkwiło w nim, Siebie i innych niszczył [...]" - tyle Marek Nowakowski (sam jest bohaterem oddzielnego rozdziału)  o Ireneuszu Iredyńskim. Chyba wielu współczesnych, pewnie nie kojarząc w ogóle tego credo życiowego z tymże, żyje w myl niego: "...Reklama jest dźwignią handlu, niech mówią źle, ważne, żeby w ogóle mówili". Zastanawiam się w podobnych chwilach, co w ogóle Jego nazwisko kojarzy dzisiejszy maturzysta. Miałbym poważne wątpliwości. I oto ukazuje się nam jeden z podstawowych odbiorców "W pisarskim czyśćcu...". Nie twierdzę, że moi rówieśnicy (tj. 50+)  zaraz, jak jedn mąż, zaczną analizować dorobek twórczy. Bo tak nie jest. Ale zaryzykuję stwierdzenie, że choć usłyszał gdzie, kiedyś, że ktoś taki, jak Iredyński w ogóle istniał. A i nam przyda się kolejna lekcja historii rodzimej literatury, a przy okazji żywota jego twórców.

Mógłbym być w Izraelu
Satyrycznym gwiazdorem -
W tym sęk, że bym nie mógł, bo jestem
Polakiem amatorem,
Z miłości od pierwszego
Wejrzenia, a nie z przymusu, 
Tym bardziej muszę strzec mego
amatorskiego statusu.

To Marian Hemar (gdzieś mu umknęło, że bratem ciotecznym był dla... Stanisława Lema). Raz po raz wraca w pisaniu pana Krzysztofa Masłonia polski antysemityzm! Nie tylko w tym jednym życiu odnajdziemy plewy anty żydowskości w myśleniu współczesnych. "...oficerowie-Polacy [w  Oflagu II C w Woldenbergu - przyp. KN] wykluczyli oficerów- Żydów od wspólnego stołu na Boże Narodzenie, i wtedy uznałem, że kończy się aspirowanie do polskości. A że miał w sobie zawsze pasję historyczną, wymyślił, że pozna - z pomocą kolegi Rafała Łosia, znawcy literatury hebrajskiej - historię hebrajskich królów i w ten sposób zbliży się do swego żydostwa" - to cytat z książki "Lawina kamieni" autorstwa A. Binkot i J. Szczęsnej. Rzecz dotyczyła wojennych losów Mariana Brandysa. Jak wyszło przyszyłem autorowi "Szwoleżerów Gwardii" poznawania żydowskich korzeni historycznych? "Położyłem się spać - opowiadał nam - z zamiarem duchowego przejścia na judaizm, ale rano uznałem, że to bzdura i moim królem zawsze będzie Łokietek" - czytamy dalej. A Antoni Słonimski? Raczej Autora "W pisarskim czyśćcu..." nie należy do miłośników talentu tego Skamandryty, inaczej nie czytalibyśmy: "W naszym kraju uchodził (i uchodzi do dziś) za najinteligentniejszego z twórców  «Skamandra». Bo tak orzekł Michnik". Nie wiem czy tematyka tej książki jest dobrym polem do popisu swej niechęci do wszystkiego, czego dotknął się Adam M. Jestem zdania, że taki zgrzyt niczemu tu nie służy. Nikt nikomu nie każe kochać i wielbić twórczości pana Antoniego, że na taki kolokwializm sobie pozwolę. Zresztą Autor książki nie ukrywa, że bliżej mu do tego, co tworzy Jarosław Marek Rymkiewicz (o którym wkrótce na tym blogu i w tym cyklu), niż Słonimski. Zderzają się w tej biografii i Miłosz, i Hemar. Trudno nie potępić poety, który uważając się za żyjącego na uboczu życia kulturalnego RP/PRL-u popełniał socrealistyczne strofy:

Kraju zboża i wierszy,
Witaj, ziemio życzliwa!
W dziejach naszych raz pierwszy
Wolna i sprawiedliwa. 

Mamy kolejny kawałek życia, realiów powojennej Polski. Proszę wziąć do ręki książkę i wynotować w ilu z omawianych życiorysach pojawią się wzmianki o PPR lub PZPR. Warto prześledzić, czym kierowali się poszczególni pisarze i poeci, kiedy zasili te szeregi, jak to, w jakich okolicznościach rzucali partyjną legitymacją. To też ciekawe doświadczenie. I przyczynek do utrwalenia obrazu powojennej inteligencji, często nie mającej nic wspólnego z tą sprzed 1 IX 1939 r.
"Na swój sposób poczułem się przez SB dowartościowany. Przez trzy lata stali przed domem na Długiej 38, gdzie wtedy mieszkałem, zakładali podsłuchy, robili rewizje. [...] Wreszcie aresztowali mnie pod zarzutem szkalowania Polski [...]" - to wspomnienie z PRL-u bohatera 142 odcinka tego cyklu, czyli Marka Nowakowskiego. Swój podziw dla pisarza zamknąć można cytując to, co znalazło się pod fotografią na s. 369 (zresztą ostatnią tej książki): "Marek Nowakowski piętnował postkomunistów i liberałów, sprzeciwiał się okrągłostołowej taktyce obozu  «Solidarności». Ponieważ brał pełną odpowiedzialność za swoje słowa i czyny, domagał się też tego od innych. Choć, z drugiej strony, postawa Katona była mu z gruntu obca".
Kobiety nie miał wielkiego szczęścia, aby znaleźć się na kartach "W pisarskim czyśćcu...", bo oprócz wspomnianych wyżej W. Szymborskiej i Ag. Osieckiej mamy to tylko dwie pisarski: Wandę Wasilewską i Marię Dąbrowską. Ślady po "czerwonej Wandzie" są do odnalezienia na blogu (np. odcinek 51 i 167 tego cyklu). Trudno zresztą bronić jej życiowe wybory, pamiętając choćby  z jakiego domu wyszła. O Dąbrowskiej można znaleźć choćby takie zdanie: "Dąbrowska nie świniła - to trzeba mocno podkreślić, zdarzały się jej jednak nieprzemyślane wystąpienia i oceny". A dalej jeszcze ciekawsze spostrzeżenie: "Trzeba jednak przypomnieć, że w najtrudniejszych dla polskiej kultury latach przeczołgiwano nieraz pisarkę, widząc w niej nie potencjalnego «poputczika», a wręcz wroga. I podpiera to cytatem z dziennika z 1950 r., o zjeździe Związku Literatów Polskich: "...mówili tylko komuniści. [...] Szczególnie odrażające były przymówienia T. Borowskiego (tłusta stonoga wylazła spod jednego z tragicznych «kamieni na szaniec») i W. Woroszylskiego. Ci dwaj po prostu denuncjowali nie dość prawomyślnych pisarzy. [...] Widzę, że nie mogę jednak pisać bez afektu o tym zjeździe zaprzańców". Mocne! O wystąpieniu wzmiankowanych "kolegów literatów" napisała, że były... plugawe! Poruszyły nawet radzieckiego/sowieckiego delegata!
32 biografie. Pewnie, że nie można było pomieścić wszystkiego o wszystkich. Chciałoby się o Kruczkowskim, Stachurze, Żukrowskim, Przybosiu czy Bratnym. Swoją drogą wszystkie te żywoty ukazują nam, jak nie proste było dokonywanie wyborów. Pewnie, że szkoda, że nie dało się wcisnąć żywota nr 33, dla wielu (i piszącego te słowa również) ważnego: Jerzego Zawieyskiego. Wiem, że dorzuciłoby się z chęcią J. Andrzejewskiego czy J. Szaniawskiego. Wrócę do Broniewskiego (dużooo Go na tym blogu, bo i oddzielny cykl poświęcam tej twórczości pt. "Mój Broniewski", odcinków  już dziewięć). Jestem zdania, że mimo pewnych kontrowersji, jakie we mnie pozostają, tak skrojona książka powinna zasilić szkolne biblioteki. Współczesny nauczyciel powinien posiadać poszerzony horyzont o twórcach naszej kultury. Nie wiem czy podtytuł nie wprowadza trochę w błąd czytelnika: "...Sylwetki dwudziestowiecznych pisarzy". Raczej wskazane by było, aby było zredukowanie wieku do lat od 1944 r. Nie miejmy później pretensji, że ktoś będzie  szukał B. Leśmiana i J. Czechowicza, T. Dołęgi-Mostowicza i M. Rodziewiczówny, J. Kaden-Bandrowskiego czy F. Goetla - dopiero rabanu narobi. Jedno mogę z czystym sumieniem przyznać: pan Krzysztof Masłoń ani nie nudzi, ani nie pisze zawile. To się po prostu bardzo dobrze czyta.

Brak komentarzy:

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.