poniedziałek, września 27, 2021
Pandemiczne opowieści - odsłona XXXI - grom
- Chwalimirze, sprawa jest poważna - rzekła Grzymisława, aż pot wystąpił na jego ogorzałej twarzy, a łyżka z polewką niebezpiecznie zawisła przed jego spróchniałym uzębieniem. Ten ton, ten akcent, ta mimika napuchniętej twarzy zwiastowała same nieszczęścia. Mogło pójść o podły podjazd wrednych Wieletów (tu splunął), kolejny zatarg z Myśliborem lub jego wredną siostrą Nasławą, ale najgorsze, że mogło po prostu chodzić o przyjazd świekry! Jarogniewa w domostwie, to jak Sasa wpuścić między opłotki i od razu podnieść ręce ku górze, poddać się, piwniczkę otworzyć, ostatniego warchlaka zarżnąć, bo co miałby się męczyć, gdy ona wzięłaby się do morderczej roboty.
- Na jak długo?! - odważył się zapytać, a ogorzała twarz lekko uczyniła pożytek z mięśni mimicznych. Wolał nie zdradzać przedwcześnie swoich emocji. Polewka była wredna, ale wiedział, że do południa żadnego innego jadła nie otrzyma. Ile można kretów wydłubywać na polu. Zresztą wszystkie jakby się zmówiły, bo albo pokryły się głębiej pod ziemią, albo naprawdę uciekły na stronę tego opoja Jaromira.