"Będzie z dziesięć lat, jak słucham Radia Maryja - dniami, nocami, porankami. Czytam «Nasz Dziennik». Jak nie zdążę kupić, to na następny dzień jadę do Warszawy, na aleję solidarności, do księgarni Nasz Dziennik, Tam mają archiwalne numery. [...] Czasami kupię «Gazetę Polską». Trzeba wiedzieć, co się w Polsce dzieje, bo z normalnych gazet człowiek się tego nie dowie" - to cytat z książki Marcina Wójcika "W rodzinie ojca mego", jaka ukazała się w serii "Reportaży" Wydawnictwa Czarne.
Autor zastosował bardzo ciekawy... wybieg: Jego w tej książce prawie nie ma. Sprowadza się do roli narratora, słuchacza, gościa. Didaskalia - to chyba trafne określenie. Autor-reportażysta jest tłem dla wydarzenia, jakim jest treść tej naprawdę niezwykłej książki. Chwilami ma się wrażenie, że to film "Defilada" w reżyserii Andrzeja Fidyka. Jest przekaz, są wypowiedzi, cytaty z eteru, ale żadnego słowa komentarza, żadnej oceny, żadnej zjadliwości, żadnej aluzji, żadnego ferowania wyroków. Nikt nikogo TU nie klasyfikuje, nie ocenia, nie wyszydza, nie stawia pod ścianą. Nikt nie bawi się w prokuratorka, śledczego, hycla czy kata! To jest reportaż o ludziach, którzy uwierzyli w słowo głoszone przez Radio Maryja, Telewizję Trwam, księdza Tadeusza Rydzyka, "Nasz Dziennik". "Ja tego nie biorę do ręki, «Gazety Wyborczej» nie biorę nigdy do ręki - musiałbym się myć. Nie wiem, czybym się wymył. Tak sami nie biorę niektórych innych gazet do ręki, bo mu ubliżało, że jestem Polakiem" - jak rozumiem kursywą zapisano słowa Dyrektora Radia Maryja.