niedziela, grudnia 22, 2019

Sara Lancaster (04)

- Panie kapitanie... jest...
Taylor nie pozwolił skończyć sierżantowi. Podniósł wzrok znad rozłożonej mapy.
- Berth?
- Kurier od pułkownika Bertha!
- Dawaj go.
Kiedy sierżant zniknął za drzwiami poruszył się siedzący obok oficer.  Miał jasną fryzurę, ciemne bokobrody i trzymał w dłoni wygaszona fajkę. Rozpięty mundur obnażał opatrunek, który nie był już pierwszej świeżości.
- Myślisz, że Johnston nadciągnie?
- Nie wiem.
- Ile jeszcze wytrzymamy?
- Nie wiem, James. Nic nie wiem!
Uderzył pięścią w stół.
- Bronson wrócił z podjazdu?

Kapitan Taylor tylko pokiwał przecząco głową. Nie miał już sił. Spojrzenie Jamesa Neumanna wyrażało...  Miał wrażenie, że od dwóch dni po prostu nic nie wyrażało. A to ciągłe odpowiadanie na dręczącego go pytania jednobrzmiącym: "nie wiem" - już go wyprowadzało z równowagi.
Drzwi otworzyły się. Stał w nich młody chłopak w wypłowiałym mundurze. Szarość jego gdzieś zniknęła. Elegancja? Chyba była w 61, ale teraz. Zerknął na swój mundur. Jeszcze kilka miesięcy temu widział spojrzenie ukochanych oczu, które ześlizgiwało się po złotych guzikach... Przestrzelony w dwóch miejscach kapelusz leżał rzucony opodal na pustym taborecie.
- Kapral Alan Glenn!
- Masz?
Ten wyjął zza rękawicy zwinięty papier. Podał go kapitanowi. Ten szybko przebiegł go wzrokiem.
- To jakiś żart?!
Na twarzy kaprala wystąpiły krople potu.
- Co to ma być?!
Przybyły żołnierz nawet nie drgnął.
Taylor podał kartkę porucznikowi Neumannowi:
- Czytaj!
- "Jesteśmy na krawędzi. Jeśli ciocia J. nie nadejdzie od ukochanej babci, to będę musiał oddać cały ten kram.". Podpisane: P.
- Nie utrzymacie się?
Kapral ciężko oddychał...
- No mów człowieku! Co się dzieje w Vicksburgu? Jest aż tak źle?
Kapral przełknął ślinę.
- Mów człowieku! - Taylor tracił już cierpliwość. Posągowa powściągliwość kuriera wyprowadziła go z równowagi.
- Ale... kiedy... panie kapitanie ja nie wiem...
- Czego ty nie wiesz, kapralu?!
- Co pan chce wiedzieć!
- Jak tam pranie u pani Pemberton?
- Ale...
Neumann nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
- W mieście! Co się dzieje w mieście, kapralu?!
- Aha... Jest ciężko panie kapitanie...
- To ja i bez ciebie wiem! Ale generał Pemberton... odsiecz? Gdzie odsiecz?
- Czekamy na Johnstona, ale wydaje się, że został gdzieś zatrzymany lub rozbity?
- Rozmowny się zrobiliście, kapralu.
- Tak jest, sir!
I zasalutował.
- Mam czekać na odpowiedź? Mogę się odmeldować?
- Proszę czekać.
Kapral wyszedł.
- Co o tym myślisz?
Neumann wzruszył ramionami.
- Co robimy?
- Swoje! - niemalże warknął Taylor. - Szarpiemy Jankesów!
- Nie czekamy na Johnstona?
- A, co robiliśmy do tej pory...
Neumann nerwowo pokręcił głową. Sytuacja naprawdę była niekomfortowa. Zamknięty w Vicksburgu Pemberton  topniał w oczach. Otaczali go kordonem jankescy żołnierze Granta i Shermana. Aż dziw, że ten kurier dotarł do nich.
Drzwi otworzyły się bez pukania. Obaj oficerowie spojrzeli w tym samym kierunku:
- Stanley! - w tym okrzyku Taylora była radość i ulga. Cholernie zmęczona twarz przybyłego nie wróżyła niczego dobrego. Nie pytając nikogo o pozwolenie podszedł do stolika, na którym stała karafka z wodą. Nalał do pełna w kieliszek. Wypił zawartość jednym haustem.
- Teraz ty milczysz?
Stanley otarł twarz.
- Chyba wszystko skończone...
- O czym ty... do cholery.. mówisz?
Egzaltacja Taylora nie robiła wrażenia na przybyłym:
- Vicksburg  pewnie padnie jeszcze dzisiaj... Kawaleria Shermana wdarła na lewe skrzydło... - podszedł do stolika i pokazał na mapę. Uderzył palcem w widoczny zagajnik.
- Tam stoi Brown!
- Stał, Rob, stał... Zresztą, jakie to znaczenie? Brown i tak nie  żyje.
- O czym ty mówisz?!
- Rozbili go... Pchnął ku mnie Foxa... Nim ruszyliśmy do niego...
- A Raymond?
- Przepadł.
Taylor spojrzał na Neumanna.
- Jak to przepadł? - Neumann ruszył do przodu, jakby chciał pokonać jakąś przeszkodę?
- Nie było go tam, gdzie miał wyznaczone. Myślę, że dał tyły...
- Oszalał?! - Taylor nie ogarniał już tego, co się dookoła działo! Sypało się wszystko. - Jak dał tyły?... Za to grozi pluton egzekucyjny!
- Chyba Sherman wiedział o tym. Sam ledwo wymknąłem się.
- Szlag by to trafił! Każę go powiesić na najbliższym drzewie!
Taylor już nie panował nad sobą. Wybiegł na zewnątrz. Dostrzegł oddział Stanleya. Ich widok ostudził go? Miał przed sobą steranych wysiłkiem i zmęczeniem żołnierzy. Sprawiali wrażenie, jakby dostali się w łapy stalowego niedźwiedzia. Kilku jeźdźców akurat było opatrywanych, a ci co jeszcze trzymali się w siodłach chyba wymknęli się z objęć śmierci...
- Rob...
Usłyszał za sobą głos Neumanna.
- Co robimy?
- Kto nam został?
- Na Jeba bym nie liczył. Pociągnął z Lee do Pensylwanii. A Johnston...
- Uderzenie w skrzydło Shermana byłoby szaleństwem. Może spróbować przemknąć między nim, a Grantem?
- Myślisz, że udałoby się to?
Taylor rozłożył ręce:
- Jeśli się nam nie uda, to nas mogą postawić przed...
W dali odezwały się armaty. Salwa za salwą, miarowo, jakby odmierzał je jakiś szalony zegarmistrz.
- Pemberton wzywa pomocy?
- Albo Grant zmusza go do kapitulacji?...
Kanonada nie  ustawała.
- Co robimy?
- Każ trąbić wsiadanego!
- Ludzie Stanleya... też?
- Stanley zostaje w odwodzie!
- Tak jest!
- Wykonać.
Taylor odwrócił się. Neumann ruszył w kierunku namiotów. Wkrótce dźwięk trąbki postawił szwadrony na nogi. Sierżant Dean przyciskał trąbkę do ust, a sygnał wzywał żołnierzy do czynów. Potem już tylko było słychać jego władcze okrzyki, które nie pozostawiały wątpliwości, co do ich intencji:
- Głusi  jesteście?... Chcesz mieć pamiątkę po Deanie?!  Nie marudzić! Young gdzie biegniesz?!... Ja ci dam... sranie! Na koń durniu!... Grant nie będzie na ciebie czekał! Hall na twoim miejscu zostałbym kucharzem!...  Gdzie jest Hood?!... Wracaj matole!... To nie armia!... Na plantacji sprawnie się ruszają, niż wy!... Gamet koń po ciebie nie przyjdzie!... Boże zbaw Dixi, bo ja... 
Stanley stał przy oknie, kiedy Taylor wszedł.
- Ruszamy?
- Tak, ale ty zostajesz. I twoi chłopcy!
- Jak to? - Stanley wbił wzrok w Taylora. - Mam siedzieć na tyłku, kiedy wy...
- Masz stanowić moja ariergardę. Rozumiesz?
- W końcu to ty tu dowodzisz. Wiesz, co robisz.
Drzwi otworzyły się. Prężył się w nich sierżant Dean:
- Panie kapitanie... Gotowe do wymarszu!
Taylor ścisnął dłoń Stanleya. Nic sobie nie powiedzieli. Obaj zbyt wiele widzieli, aby teraz rozckliwiać się kolejnym rozstaniem.

cdn

Brak komentarzy:

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.